W książce o Leonorze Piper, którą ostatnio wydaliśmy, dr. Richard Hodgson zamieścił kilka uwag, które moim zdaniem dobrze tłumaczą przypadki, gdy przekazy raz są poprawne i logiczne, a w innym czasie zupełnie nieudane i pogmatwane... dochodzi do tego również kwestia wpływania na przekazy wskutek działania umysłu samego medium...
Poniżej kilka fragmentów:
Skoro, w istocie, każdy z nas jest duchem przeżywającym śmierć swojego cielesnego organizmu, to całkiem zasadnie
możemy uczynić parę przypuszczeń co do sposobu porozumiewania się tych bezcielesnych duchów z nami, duchami jeszcze
ucieleśnionymi. Nawet wobec najlepszych warunków takiego porozumiewania się, którego możliwość ostatecznie przyjmuję, jest
bardzo prawdopodobne, że ta zdolność jest takim samym darem jak dar artysty, matematyka lub wielkiego filozofa.
Mniemanie, jakoby wszyscy, bez wyjątku, starzy czy młodzi, źli lub dobrzy, chorzy czy zdrowi, mieli po śmierci posiadać
jednakową zdolność dokładnego porozumiewania się z nami, powinno być uważane za całkiem błędne. Tym bardziej wypada
przypuszczać, ze już sama zmiana sytuacji, uwarunkowana przez akt śmierci, czyni świadomość ducha mętną, jakkolwiek to zmącenie
może trwać krócej lub dłużnej. A nawet jeżeli duch zdążył się już oswoić z nowymi warunkami swego bytu, można przypuścić,
iż wchodząc w stosunek z ludzkim organizmem [medium], podobny [do tego stosunku], w jakim był ze swym własnym [ciałem]
za życia, wskutek i na mocy podobnej okoliczności [przystosowania się tego ducha do nowych warunków, ów stosunek]
winien być splatany i zawiły. Podobny stan przypomina przebudzenie się w obcym dla siebie miejscu, po długim czasie utraty
przytomności. Gdyby tak można było mój własny organizm, przez kilka dni, miesięcy lub lat, całkiem ode mnie wyodrębnić
i żebym znajdował się wtedy w warunkach całkiem odmiennych, a następnie znowu znalazł się w swoim organizmie to być
może, że na początku owego złączenia się z mym własnym organizmem, czułbym się jakiś nieswój i pomieszany, ujawniając przezeń
[swoją obecność]. Moje pomieszanie i niezręczność wzmogłyby się jeszcze bardziej, gdybym, na przykład, nie wrócił do
swego, ale wszedł w inny organizm; bezwarunkowo podlegałbym wtedy rozmaitym rodzajom afazji i agrafii. Sfera zewnętrzna
przedstawiałaby mi się niedokładnie. Warunki mego ujawnienia [się] byłyby dla mnie uciążliwe i meczące i stan mego umysłu,
przygniecionego aparatem obcego umysłu, nosiłby cechę pewnej automatyczności i senności. Tego rodzaju zawikłanie i zamęt
dają się zauważyć właśnie w osobach porozumiewających się z nami za pośrednictwem pani Piper, tj. zauważa się to, co powinniśmy
dopuścić a priori w przypadku, gdy porozumiewający się z nami są tymi, za których się podają.
15 lutego 1894 r. [na seansie] napisano nam, co następuje:
Pamiętajcie, ze bierzemy udział w aktach przyjaźni i miłości sennego życia, tj. waszego [życia]; życie wasze zawsze
będzie dla nas niejako magnesem, dopóki będziemy posiadać w świecie materialnym sennych przyjaciół. Robicie na
nas wrażenie śpiących, jesteście jakby osadzeni w więzieniu; chcąc się z wami porozumieć, musimy wejść w waszą sferę
– inaczej mówiąc, [musimy] zapaść w stan drzemki, w jakiej wy wciąż pozostajecie.
Stąd wypływają i nasze błędy, zawikłanie i plątanina, jak je zwykliście nazywać w [naszym] porozumiewaniu się z wami.
Co o tym myślicie? Czy jest to słuszne rozumowanie?

