A ja powiem tak... Musimy zawsze patrzeć na tych mnichów nie z perspektywy chwili, ale z punktu widzenia wieczności i celu, który sobie obrali. Wydaje mi się, że nie jest niczym złym, gdy człowiek targany pasjami i żądzami, decyduje się zanurzyć duszę w medytacji i odosobnieniu, by odzyskać równowagę. Bez niej nie jest w stanie czynić dobra. Gdy jednak celem udania się do klasztoru jest ucieczka od świata związana z egoistycznymi pobudkami, nie jest to dobre.
Mówiłem już to sigmie na spotkaniu ostatnio, ale powtórzę jeszcze i tutaj. Moim zdaniem podstawowa różnica między spirytyzmem i buddyzmem polega na tym, że buddyzm zakłada, iż wszyscy niczym te przysłowiowe figurki z soli powoli rozpuścimy się w morzu (czymkolwiek ono jest). Mielibyśmy być jak strumienie wypływające z tego samego źródła, rozwidlające się na różne strony, ale do tego źródła wracające, by się z nim w pełni zlać. W spirytyzmie jest inaczej - jesteśmy Duchami, które wciąż się rozwijają, zbliżają do Boga, ale zachowują swoją tożsamość przez całą wieczność. Nie wpadamy do żadnego morza, bo wówczas sens straciłaby cała nasza walka. To trochę tak, jak gdyby po śmierci czekała nas nicość. Co z tego, że pożyję parę wcieleń dłużej, jeśli zniknę i tak?
Znam słabo buddyzm, ale wydaje mi się, że obok wielu słusznych idei, zbieżnych z chrześcijaństwem, zawiera wiele teorii, które mogą być nawet niebezpieczne. Mam takie być może stereotypowe wrażenie, że celem buddysty jest ucieczka od świata i od samego siebie, a to jest bezwzględnie egoistyczne, bo nie daje pożytku nikomu dookoła. Z przykrością jednak muszę dla buddystów stwierdzić, że Duchy z zaświatów informują nas o następujących rzeczach:
1) Nasze szczęście po śmierci i w kolejnych wcieleniach jest proporcjonalne do dobra, które czynimy
2) Nie znam żadnych informacji na temat Duchów, które niczym przysłowiowa figurka z soli się roztopiły gdziekolwiek by to nie było. Duchy wyższe powinny przecież coś na ten temat wiedzieć... Nawet Duchy niższe, jakiekolwiek Duchy powinny wspomnieć: "Miałem takiego kolegę, ale go już nie ma, bo się rozpłynął"... A tego nie mówią
Zadałem sigmie pytanie, skąd wie, że rozpłynie się w tym "morzu". Odpowiedział, że to wynika z medytacji. Medytacja mimo wszystko jest czymś doczesnym, jest jakby walką naszego fizycznego ciała z duchem, który pragnie się z niego czasem wyzwolić i zaczerpnąć świeżego powietrza. Może uczynić wiele dobrego, ale wydaje mi się, że nie powinna być celem samym w sobie. Celem samym w sobie powinny być miłość i miłosierdzie, rozumiane jako miłość w działaniu. Tylko one zapewnią nam szczęście tu na ziemi i tam w zaświatach.

