Myślę, że zbyt łatwo odcinamy się od tzw religijności instytucjonalnej, od zorganizowanych form duchowości. Mówię to z pozycji bynajmniej niepraktykującego człowieka, który jednak docenia historyczną część dorobku religijnego. Skąd mamy ogromną część dzieł greckiej filozofii, poezji, matematyki? Posiadamy je dzięki wielowiekowej pracy mnichów, którzy przepisywali mozolnie kolejne strony ksiąg w epoce, która nie posiadała druku. Bez ich wysiłku nie mielibyśmy także dostępu do ksiąg Nowego i Starego Testamentu - i nie moglibyśmy teraz rozważać czy poszczególne wersety są zgodne bądź niezgodne z jakąś interpretacją wiary. Co za tym idzie - niewiele byśmy wiedzieli o Jezusie bez ciągłego trwania tradycji i przekazu ustnego (przypominam, że dawniej ludzie w 90% nie umieli czytać - rola kapłana była tym bardziej znacznie cenniejsza) i przekazu pisemnego, który niósł kościół rzymski, wschodni, a potem również kościoły reformacyjne.
Prawdą jest, że ta wiedza religijna była wykorzystywana jako narzędzie władzy - ale - jaka nie jest? Chwalony przez światłych Europejczyków buddyzm ma równie ciemne plamy w swojej historii co chrześcijaństwo. Buddyjscy kapłani prześladowali w Tybecie i w okrutny sposób torturowali starszych wyznawców animistycznej religii bon (do dziś zachowały się skóry po tych ofiarach). Skala teokracji i feudalizmu w Tybecie przed najazdem ludowych Chin powodowała, że duże masy chłopów żyły w nędzy i utrzymywały przeliczne klasztory, nie jest to tylko wymysłem komunistów chińskich i ich propagandy. A na Sri Lance (dawniej Cejlon) do dziś działają ekstremistyczne ugrupowania buddyjskie, które ani myślą o pokoju i oświeceniu bez przymusu, prowokując wieloletnią wojnę domową z hinduistami.
Francusko-żydowski filozof Henri Bergson rozróżnił moralność dynamiczną i moralność statyczną. Ta pierwsza to właśnie ten indywidualny, wewnętrzny, mistyczny pierwiastek, który posiada każdy człowiek, o czym pisała Lilo. Tylko jednak nieliczni potrafią ową moralność naprawdę uzewnętrznić - to są właśnie prorocy, wizjonerzy, szamani. Aby ich wizje i przekazy mogły się utrwalić potrzebna jest jakaś egzoteryczna forma ich nauk - czyli przeróżnej proweniencji kościoły, wspólnoty, świątynie. Owszem, Jezus nie był wcale katolikiem (samo pojęcie katolicyzmu, jako czegoś powszechnego, powstało znacznie później), ani nawet chrześcijaninem w dzisiejszym tego słowa rozumieniu (nie istniała przecież wtedy jeszcze żadna dogmatyka, która zaczęła systematycznie powstawać dopiero od 4 stulecia n.e.). Ale jednak założył swoją wspólnotę i kazał swoim uczniom nieść nauki dalej, sugerując bardziej zorganizowaną formę przyszłych wspólnot. A co z Buddą, który miał znacznie więcej czasu na misjonarstwo, bo dożył 80 lat? Budda całe 50 lat od osiągnięcia, według tradycji, oświecenia - podróżował i zakładał zakony (także żeńskie). Według niektórych przekazów miał nawet kilka tysięcy uczniów.
Spirytyzm także ma swoje organizacje - w większości nie utożsamiające się z nowym wyznaniem, czy kościołem. Duchowość prędzej czy później przejawia się społecznie - ludzie mają potrzeby dzielić się swoim doświadczeniem, razem się modlić lub rozmawiać itd. Nie odkrywam tu żadnej Ameryki, wie o tym klasyczna socjologia, o czym świadczą np prace Emila Durkheima.
Reasumując, doceniajmy zatem przejawy duchowości człowieka w każdej postaci - zarówno ezoterycznej (wewnętrznej-indywidualnej) jak i egzoterycznej (zewnętrznej-społecznej)
