Buddyzm i spirytyzm

Miejsce, w którym można zadać każde pytanie dotyczące spirytyzmu, świata Duchów, reinkarnacji, sensu życia, praw kierujących naszym światem, Boga.

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: sigma » 21 gru 2009, 19:39

Ciekawe że zarówno księża rzymskokatoliccy (np. ci których wymieniłem w moim przedostatnim poście) jak i niektórzy nauczyciele buddyjscy pracujący na Zachodzie w okolicznościach wyjścia naprzeciw poszukującym miewali i miewają kłopoty ze swoją hierarchią. W innych niż rzymskokatolicki Kościołach też tak bywało czego przykładem może być luteranin Albert Schweitzer.

Pewnie że instytucjonalność (czyli hierarchia) zapewnia m.in. przekaz wiedzy, nauki. Ale czy człowiek, ze swojego własnego punktu widzenia, tu i teraz, jest bardziej zainteresowany instytucją, szacownością instytucji czy wiedzą ? I w jakiej mierze odnosi się zaistnienie człowieka poszukującego do zaistnienia człowieka osadzonego w hierarchii ? Kto czego jest beneficjentem ? Bo ja, podczas moich naprawdę długich poszukiwań (ok. połowy mojego obecnego życia) zauważyłem niezgodność interesów. Duchowny otóż w pierwszej kolejności zainteresowany jest instytucją. Dzięki niej ma na chleb, może nawet na masło do tego chleba. Poszukujący zaś w pierwszej kolejności zainteresowany jest prawdą o człowieku, jego najgłębszej naturze.

Duchowny zostaje duchownym z innych powodów niż poszukujący poszukującym.

Duchowny rzadko staje się poszukującym. Chociaż myślę że niektórzy chcieliby.

Kto, rozumując tak w naszych doczesnych kategoriach, lepiej wyjdzie na tym na co stawia ? Nie wiadomo. Ale po to mamy zdolność myślenia żeby z niej korzystać...

Załączam przydatne linki:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Albert_Schweitzer

i jedna z moich ulubionych książek :):

http://www.jsantorski.pl/inf.php?id=nr134
Piotr

Kto zwycięża innych, jest silny. Kto zwycięża siebie, jest wielki.
sigma
 
Posty: 1136
Rejestracja: 12 sie 2009, 19:02
Lokalizacja: Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: Jul » 22 gru 2009, 11:25

Moja postawa advocatus diaboli względem hierarchii i kościoła jest może mało wygodna, ale wynika z pewnej przekory - zapewnie na forum katolickim broniłbym wszystkich indywidualnych poszukiwaczy i heretyków. Nie lubię skrajności, ani ekstremów. Odrzucam zarówno klerykalizm, jak i misjonarski ateizm.
Nie uważam, żeby tzw "wolność od" była szczytem rozwoju duchowego, tak jak np u Jiddu Krishnamurti'ego. Trywializując - wszystko jest ważne - zarówno indywidualny rozwój, jak i jego przejawy społeczne. Ken Wilber pisze o czterech ćwiartkach rzeczywistości - ma na myśli zarówno "Ja", "My", "Ono". Sięgając jeszcze po Junga - błędem filozofii wschodu był zawsze jej zbyt duży introwertyzm (do wewnątrz, prowadzący wręcz do eskapizmu) - błędem zachodnich systemów filozoficznych i religijnych zbyt duży ekstrawertyzm (nastawienie na zewnątrz, prowadzące do wojowniczej ekspansji).
Spirytyzm zdaje się na razie zachowywać tę delikatną równowagę - bez wątpienia jego uczestnicy mają silne wnętrze, nie rezygnując jednocześnie z realnej aktywności organizacyjnej.

Co do szczegółów:

Napisałeś o buddyźmie tybetańskim. Nie napisałeś o Japończykach krzewiących "buddyzm wojujący" podczas II wojny światowej. Ani o Czerwonych Khmerach...


O ile pamiętam, Japończycy faworyzowali swoją narodową religię - sintoizm. Zrobili z tego nacjonalistyczną wydmuszkę. Choć możliwe, że buddyzm także wypaczali (chociaż akurat ten - trafił do Japonii później, niż do Chin). Co do Czerwonych Khmerów, to chyba jednak wiele z buddyzmem nie mieli wspólnego. Pol Pot był co prawda jakiś czas mnichem, ale chyba nie wyciągnął żadnych rezultatów z praktyki medytacyjnej, skoro robił to co robił (nawiasem mówiąć uczył się także w Paryżu min. u Sartre'a - więc i zachód nie jest bez winy).

Sporo czasu spędziłem na adoracji Najświętszego Sakramentu i medytacji zen. Myślę że mam porównanie.


W Polsce oprócz benedyktynów, także dominikanie są otwarci na praktyki wschodnie (przedziwny zakon - z jednej strony łowcy sekt, z drugiej - animujący dialog międzyreligijny). Może to Ci się przyda - zestawienie Najświętszego Sakramentu i medytacji nie jest nową ideą - http://www.mateusz.pl/wdrodze/redakcja/archiwum.htm

Trudno powiedzieć co byłoby gdyby nie Marcin Luter i jego tłumaczenie Biblii na język niemiecki. Gdyby nie świeccy władcy, mniejsi lub więksi, ich przebiegłość dzięki której Luter został "uwięziony" (w innym przypadku mógłby po prostu nie przeżyć), ich hojność (sponsorowanie kolejnych wydań Biblii), ich waleczność podczas wojen kontrreformacyjnych, i wiele innych czynników, ich oczekiwań politycznych i gospodarczych jako skutków osłabienia Kościoła rzymskiego też przecież...


Mam duży szacunek do reformacji, ale nie idealizujmy jej :-) Świeccy władcy, protektorzy reformatorów, w swoim heroiźmie walczyli o władzę i swoje partykularne interesy. Gdyby im się to opłacało, wsparli by papizm (czyja władza, tego religia). Sam Luter jest wielką, ale kontrowersyjną postacią (miał na koncie dużo antysemickich wypowiedzi oraz różne kwiatki w rodzaju "rozum to nierządnica Szatana"). W paleniu czarownic protestanci też nie ustępowali katolikom. Zresztą Luter bardzo długo nie chciał odłączenia. Z ówczesnej głupoty i ignorancji kościoła rzymskiego nastąpił ten rozłam.
Odnośnie Biblii, coś pomijasz. Wraz z udostępnieniem Biblii na języki narodowe, skończyła się pewna epoka uniwersalizmu. Biblia trafiła w końcu do mas (które umiały czytać), ale jej narodowe wersje umocniły podziały etniczne. Państwo narodowe w gruncie rzeczy powstało jako silna instytucja, dopiero wraz z rozwojem reformacji. Jak wiemy, pokoju na świecie nie przybyło od tego momentu.. I co jeszcze - Luter nie był pierwszy. Wcześniej był Jan Hus, Jan Wiklif, katarowie i wielu innych. Tradycje heterodoksalne trwały przez całe średniowiecze.
Poza tym kościół rzymski był jaki był, ale też tłumaczył. Najpierw była Septuaginta (ujednolicone tłumaczenie greckie), potem Wulgata (tłumaczenie łacińskie). Bo oryginalny język Biblii to aramejski, hebrajski i grecki.

Coś jeszcze postanowiłem napisać. Z przyczyn wymienionych powyżej szczególnie sobie cenię lekturę książek napisanych przez Anthony de Mello, Willigisa Jägera , Berta Hellingera


Dodałbym jeszcze Teilharda de Chardin, Mateo Ricci, Hugo Enomy-Lasalle, Bede Griffithsa. Kościół rzymski, jak każda religia, ma zarówno oblicze otwarte, dialogiczne, jak i zamknięte, wrogie wobec inności.

Zaś osobliwe przypadki Ole Nydhala, Duńczyka, absolwenta filozofii Uniwersytetu Kopenhaskiego to całkiem odrębna historia. Podobnie jak sam Ole Nydahl bo to rzadka osobowość


Akurat tego nauczyciela sobie zbytnio nie cenię. Byłem na spotkaniu z nim, które przypominało show i wielki festyn religijny. Sam Ole nie grzeszy szacunkiem wobec chrześcijaństwa, ma silny resentyment. Liczne skandale obyczajowe z jego udziałem też nie przysparzają mu estymy..

Znaczna część ludzi, o czym pisze m.in. wspomniany Anthony de Mello, w ogóle nie zacznie myśleć. Prześpią życie w takiej pozycji w jakiej zostali w jego zaraniu ułożeni
.

Nie przepadam za tego typu elitaryzmem. Owszem ogromna część ludzi żyje w mrokach niewiedzy, ale czy jest to powodem do wywyższania się? Zawsze tak było. Na jedno stulecie przychodziło kilka wybitnych jednostek, a całe setki tysięcy żyły w błogiej nieświadomości. Podobnie np. Nietzsche gardził niemyślącymi masami - ale jakoś pomijał to, że dzięki tym zwykłym ludziom nasza cywilizacja trwa, a on sam ma co jeść. Ktoś musi wydoić krowę, wyprodukować chleb, wykopać rowy melioracyjne, utrzymać czystość na ulicy. Swoją drogą w takich czynnościach też można się rozwijać duchowo. Ile przypowieści taoistycznych lub konfucjonistycznych dotyczy zwykłych zajęć, nawet takich jak fach rzeźnika. A Jezus jakoś też nie wybrał sobie greckich filozofów, tylko rybaków i celników.
"W głębokich ciemnościach tkwią ignoranci, ale jakby w jeszcze większych ci, co poszukują wiedzy" - Upaniszady.

A z czegóż to wynika tak gorliwe klejenie się do tradycji (przez małe t, ale i przez wielkie też...), poglądów przodków, itp. ? O ile to były ich poglądy, bo odziedziczyli je przecież po jeszcze wcześniejszych przodkach... Właściwie to nie wiadomo czyje są te "poglądy".


Uparcie jednak doceniałbym bardziej tradycję. Owszem - może ona kojarzyć się z czymś skostniałym, ograniczającym, zamykającym. Ale jednocześnie bez tej tradycji nie miałbyś nic do rozwinięcia, nic do kontestacji, żadnego budulca pojęciowego i języka. I znowuż - mamy tę tradycję dzięki prostym ludziom, którzy stuleciami podtrzymywali coś dla kolejnych pokoleń. Nawiasem mówiąc, broniąc tradycji mam na myśli nie tylko religię, ale także inne składniki tej spuścizny.

Pewnie że instytucjonalność (czyli hierarchia) zapewnia m.in. przekaz wiedzy, nauki. Ale czy człowiek, ze swojego własnego punktu widzenia, tu i teraz, jest bardziej zainteresowany instytucją, szacownością instytucji czy wiedzą ?


Zależy jaki człowiek. Ja osobiście jestem bardziej zainteresowany wiedzą - ale mam świadomość, że gdyby nie stały przekaz instytucjonalno-kulturowy w obrębie tradycji, nie mógłbym zgłębiać ani mistyków chrześcijańskich, ani filozofów greckich, ani nauk wschodnich. Ani nawet inspirujących heretyków (bo istnieje nie tylko tradycja ortodoksalna, ale także heterodoksalna). I tylko chyba o to rozbija się nasza polemika :-)

Pozdrawiam :-)
Jul
 
Posty: 346
Rejestracja: 31 paź 2008, 23:41

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: konrad » 22 gru 2009, 15:12

Ja z mojej strony myślę, że kluczem do rozwoju jest zawsze odnajdywanie równowagi. Każda przesada, w którąkolwiek stronę by nie szła, kończy się źle.

Rzeczywiście religie wschodu są za bardzo zwrócone ku wyzwoleniu się od cierpienia trochę poprzez wyłączenie się na świat (tak przynajmniej ja to odbieram). Chrześcijaństwo natomiast - mówię tu o samej idei wypływającej z nauk Chrystusa - skupia się na tym, jak budować kontakty na zewnątrz, czyli z innymi ludźmi i z Bogiem, pomija natomiast nieco kwestię pracy nad sobą samym i nad zrozumieniem samego siebie. Brakuje chyba tu pewnej równowagi, którą ja odnajduję w spirytyzmie właśnie. Spirytyzm korzysta z nauk Chrystusa, wspierając je naukowymi potwierdzeniami istnienia Duchów, a także logiczną teorią funkcjonowania świata. Nie idzie jednak z założenia w żadne skrajności i na każdym kroku zaprasza do tego, by spojrzeć na siebie, analizować to, kim jesteśmy i jakie mamy zadania do wykonania na ziemi.

Nie zamyka jednocześnie drzwi - jest tu miejsce na medytację, której celem jednak nie jest uwolnienie się od doczesności, ale bardziej nabranie pewnej równowagi duszy i ciała. U samego Kardeca być może nie ma zbyt wielu idei płynących z religii wschodu, ale pojawiają się one już w przekazach bardziej współczesnych.

Oczywiście nie oznacza to, że pośród spirytystów znajdziemy tylko osoby idealne, samych świętych. Jestem bardzo daleki od tego stwierdzenia. Jak wszędzie zdarzają się fanatycy, osoby nietolerancyjne, ludzie, którzy błędnie pojmują nauki z zaświatów i upiększają je swoimi teoriami niemającymi nic wspólnego z prawdą. Taki jest chyba los wszystkich ruchów filozoficznych, religijnych, a nawet społecznych. Nie da się tego uniknąć, dlatego też jakimś rozwiązaniem jest ustalenie fundamentów, na których wszystkie działania się opierają - u spirytystów tym fundamentem są książki Kardeca.

Myślę jednak, że przyszłość spirytyzmu jest związana z czymś, co małymi kroczkami udaje nam się budować na forum. Z jednej strony łączą nas wszystkich pewne wspólne przekonania, z drugiej każdy wnosi coś od siebie. Jest miejsce dla katolików, buddystów, protestantów, a także osób, którym sam spirytyzm w zupełności wystarcza, Nie oznacza to, że ze spirytyzmu będziemy tu robić kiczowaty jarmark idei - potrzebne są podstawy, na których wszyscy mniej lub bardziej będziemy się opierać. Z drugiej strony nie powinniśmy zamykać drogi przed nikim, kto w sposób poważny chce z nami podyskutować i zadać jakieś pytania. Myślę, że otwartość na drugiego człowieka, jego poglądy i jego doświadczenia powinna nas charakteryzować.

To tyle, dziękuję za uwagę.
Awatar użytkownika
konrad
spirytysta
spirytysta
 
Posty: 2952
Rejestracja: 15 lip 2008, 13:08
Lokalizacja: Warszawa

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: sigma » 22 gru 2009, 19:23

Spotkałem się kiedyś z ciekawym rozumieniem Krzyża. Można go otóż rozdzielić na "zadany" i "wybrany". "Zadany" to wynikający z miejsca i czasu przyjścia na świat, zaś "wybrany" to wynikający z posiadanej przez człowieka wolnej woli i zdolności myślenia. Oba są osadzone w ludzkiej naturze. "Zadany" bardziej kojarzy mi się z buddyzmem zaś "wybrany" z chrześcijaństwem. Droga środka, pojęcie znane filozofom Dalekiego Wschodu, rzeczywiście jest atrakcyjnym rozwiązaniem :).

Pozdrówka :)
Piotr

Kto zwycięża innych, jest silny. Kto zwycięża siebie, jest wielki.
sigma
 
Posty: 1136
Rejestracja: 12 sie 2009, 19:02
Lokalizacja: Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: sigma » 22 gru 2009, 21:47

Nauczyciele buddyjscy przybywający na Zachód w drugiej połowie ubiegłego stulecia zwróclili uwagę na to co człowiekowi Zachodu trudno jest chyba zauważyć. Mianowicie na to że intensywnie myśli. Znaczy to że korzysta z cechy którą człowiek dysponuje jako jedyny istniejący gatunek :). Stąd przecież tak duży postęp techniczny i nie tylko.

Ale też zwrócili uwagę na to że zaniedbuje emocje. Znaczy to że swoje istnienie uwiarygodnia tylko myśleniem. Istnienie, nie człowieczeństwo: bo emocje właściwe są też zwierzątom. Stąd wynika postępujący rozwój schorzeń psychicznych. Zwłaszcza w krajach cechujących się znacznym postępem technicznym.

Czytałem że nauczyciele zen z Japonii pracujący w USA popadli w konflikt ze swoimi rdzennymi mistrzami (w buddyźmie relacja nauczyciel - uczeń jest chyba bliższa niż np. w chrześcijaństwie). Mianowicie będąc na wakacjach w Japonii oświadczyli że będą Amerykanów uczyć na razie tylko medytacji :). Uzasadniali to tym że przeciętny Amerykanin dowiadując się zbyt dużo o buddyjskim rozumieniu rzeczywistości natychmiast zaczyna myśleć i myśli zbyt dużo, np. "W którym ze światów się odrodzę ?", "W którym ze światów żyłem ?" itp.

Można się nad tym zastanawiać, może nawet trzeba próbować wejść w rzeczywistość wolną od ograniczeń doczesności. Ale, zarówno z punktu widzenia doczesnego jak i pozadoczesnego istotna, może nawet pierwszorzędna jest refleksja nad "tu i teraz". Co wiąże się z wejściem w emocjonalne doświadczanie wewnętrzności i zewnętrzności.

W moim pojmowaniu to trochę tak jakby człowiek uciekał od swojego "tu i teraz", w tym "moim" miejscu, w tej "mojej" chwili... Korzystając ze zdolności myślenia właśnie. Bo myśleć, wyobrażać sobie... można wszystko bez ograniczeń.

Można, co ciekawe, wzbudzić też emocje nie posiadające związku z rzeczywistością.

A po co to robić jeżeli prędzej czy później trzeba będzie wrócić ?

Zdaniem niektórych, odurzanie się swoimi myślami z pewnego punktu widzenia niewiele różni się od odurzania się np. alkoholem...

Ponieważ żyjemy w rzeczywistości osiągnięć, dla ludzi deklarujących się jako chrześcijanie podjęcie Krzyża "wybranego" może być pułapką. Pułapką sukcesu... Bo niektórzy, co zauważyłem w Kościołach to tak pojmują. I nie da się raczej z nimi o tym rozmawiać bo to zmusiłoby ich do zmiany rozumienia rzeczywistości. A psychologia dowodzi niezbicie że człowiek, nie poddawszy refleksji swojego postępowania, może całe życie coś robić wyłącznie w oparciu o uwarunkowania z wczesnego okresu życia.
Piotr

Kto zwycięża innych, jest silny. Kto zwycięża siebie, jest wielki.
sigma
 
Posty: 1136
Rejestracja: 12 sie 2009, 19:02
Lokalizacja: Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: sigma » 22 gru 2009, 22:41

I jeszcze coś postanowiłem napisać. Otóż czytałem artykuł (niestety nie pamiętam gdzie) w którym psycholog praktykujący zen proponował do wykonania pewne ćwiczenie. W ogóle zen to więcej wchodzenia w doświadczenia niż myślenia :).

Otóż tak: Sporo ludzi wie jak to jest kiedy człowiek przemieszcza się samochodem z prędkością np. 100 km/h. Ćwiczenie polegało na uświadomieniu sobie obiektywnie stwierdzonego faktu że w każdej chwili człowiek przemieszcza się z prędkością znacznie większą (o ile pamiętam: kilkanaście razy większą, to zresztą zależy gdzie mieszka) wynikającą z ruchu obrotowego Ziemi wokół własnej osi oraz z prędkością niewiarygodnie dużą rozpatrując ruch Ziemi w Kosmosie, np. względem Słońca.

Proszę o chwilę kontemplacji tego faktu... Rzeczywistości tak dynamicznie się zmieniającej, z jakże zawrotną prędkością, dramatycznej kruchości tego wszystkiego... Jeszcze trochę...

Wystarczy :).

A teraz uprzejmie proszę o mocne postanowienie wprowadzenia jakiejkolwiek zmiany w swojej codzienności, np. mówienie "Witam" zamiast "Dzień dobry", albo coś podobnego, może zmiana ulubionych kapci (zwłaszcza jeżeli czas po temu :? )... A po pewnym czasie: jakaś kolejna zmiana :).

Może to co piszę wydać się dziwaczne ale jeżeli ktoś praktykuje medytację to raczej zrozumie :).

Człowiekowi wydaje się że jest silny ponieważ rzeczywiście wie dużo, m.in. dlaczego Ziemia krąży wokół Słońca a nie poleci sobie gdzieś tam, itd. To złudzenie "siły" bierze się stąd że człowiek może nie myśli za dużo tylko na myśleniu poprzestaje.

A w rzeczywistości człowiek jest silny dlatego że w swojej najgłębszej naturze jest oddzielony od zewnętrzności, od łyżki którą je zupę, ubrania które nosi, tych wszystkich praw fizyko-chemiczno-biologicznych, a przede wszystkim od siebie takim jak siebie rozumie.

Jak to ujął pewien benedyktyn i nauczyciel zen, za młodu zapalony piłkarz: "... Zobaczyłem że tak naprawdę to nie ja gram w piłkę. Zamiast tego gra w piłkę to co jest mną...".

Tego co napiszę nigdy nie doświadczyłem ale z tego co wiem to to co naprawdę jest mną, Józkiem, Basią czy Ahmedem kiedyś połączy się w jedno... To tak jak w opowieści z Dalekiego Wschodu o figurce z soli rozpuszczającej się w morzu którą posługiwał się Anthony de Mello.
Piotr

Kto zwycięża innych, jest silny. Kto zwycięża siebie, jest wielki.
sigma
 
Posty: 1136
Rejestracja: 12 sie 2009, 19:02
Lokalizacja: Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: sigma » 23 gru 2009, 01:05

Ponieważ mnie Admin do tej pory stąd nie wyrzucił to napiszę jeszcze coś :).

Otóż pożytecznie jest wykonać (albo ściślej: wykonywać, z tym że na początek wystarczy spróbować) jeszcze jedno ćwiczenie. Łatwiej jest go wykonać po rozłożeniu na dwa etapy.

Wiadomo że pewien odsetek dzieci z różnych przyczyn wychowywany jest przez innych ludzi niż biologiczni rodzice. Powiedzmy że mówimy o Józiu urodzonym we Wrocławiu. Jego rodzice postanowili go "oddać do adopcji" (przepraszam za określenie, no ale tak się z reguły mówi).

Gdyby Józio wzrastał w swoim rodzinnym mieście, kolegowałby się z Frankiem i Piotrkiem. Później zaś dążyłby do zacieśnienia więzi z Gośką. Te relacje, sąsiedzi, szkoła, miasto to wszystko byłoby dla Józia oczywistością.

Ale Józio w parę tygodni po urodzeniu został adoptowany przez małżeństwo z Niemiec.

W rezultacie Józio jest Josefem, wzrasta w mieście w którym mieszkają jego przybrani rodzice, koleguje się z Franzem i Peterem, później poznaje Gretę. I to ten stan rzeczy jest dla Josepha oczywistością.

Może kiedyś dowie się prawdy. A może nie...

Rzeczywistość Józia jest znajoma dla Józia.
Rzeczywistość Josefa jest znajoma dla Josefa.
Rzeczywistość Józia jest obca dla Josefa.
Rzeczywistość Josefa jest obca dla Józia.

A to ten sam człowiek. Ale tylko na fotografii. Myśli i emocje, wynikające z historii życia, są różne dla Józia i Józefa.

I oto pytanie: kim naprawdę jest Józio - Josef ?

Nie uwierzę że bez praktyki medytacji można odpowiedzieć na to pytanie :).

To było pierwszy etap.

A drugi ? Właściwie taki sam. Tylko że to Ty jesteś Józiem.

A przybrani rodzice ? Niemcami, Amerykanami... Arabami

Ćwiczenie, całkiem poważnie, bardzo pożyteczne. Może stać się prawdziwym uwolnieniem od myśli i emocji, może prowadzić do zrozumienia tego że to co rozumiem jako "ja" to właściwie nie "ja", to zbiór myśli i emocji, nic więcej.

I do zadania sobie pytania: Kim jestem ?
Piotr

Kto zwycięża innych, jest silny. Kto zwycięża siebie, jest wielki.
sigma
 
Posty: 1136
Rejestracja: 12 sie 2009, 19:02
Lokalizacja: Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: Paweł » 23 gru 2009, 02:26

A powiedz mi Sigma czy w Buddyzmie znane są przypadki nauczycieli czy też uczniów którzy za pomocą medytacji czy też innych praktyk, np. wyciągali swoje stare umiejętności zakodowane w duchu?

Chodzi mi np. o języki obce z poprzednich żyć bez nauki ich na nowo, umiejętności wykonywane w poprzednich życiach itd.? - pytam o to z czystej ciekawości.

Tak się zastanawiam czy wszelakie umiejętności są zapisywane w mózgu czy w duchu. Wszak po śmierci duch/dusza zabiera na tamten świat swoje doświadczenia oraz wszystko jest zapisane. Jednak wystarczy trochę poważniejszy uraz głowy i już ludzie nie potrafią mówić bo zapominają słów itd.

Zrozumiałbym gdyby uraz głowy wywoływał komplikacje w ruchu, ogólne zakłucenia w funkcjonowaniu organizmu. Lecz nasza osobowość dalej jest w środku.

Co mówi buddyzm na temat reinkarnacji w kolejnych życiach - czy rozwój ducha polega na zdobywaniu coraz to nowej wiedzy, czyli rodząc się za każdym razem w innym kraju uczysz się nowych języków i kultur. Wykonując różne zawody uczysz się nowych umiejętności?
Czy buddyzm określa jakąś stałą która by mówiła ok to już koniec, więcej nie będziesz się reinkarnował ponieważ już wszystko wiesz?

Nirwana z tego co zrozumiałem odpowiada za stan kiedy człowiek przełamał już tą nie wiedzę i nie popełnia błędów za życia tym samym nie będzie żadnej kary i ponowne przyjście na świat nie będzie konieczne.

Lecz według mojej myśli a może być błędna gdyż nie znam buddyzmu, taką nirwaną można nazwać życie co poniektórych świętych lub ludzi żyjących na takich zasadach. A więc można by przyjąć że czyste życie nie ma kary i koniec cierpień w postaci życia na ziemi.

Lecz co z rozwojem ducha? Spotykam się z stwierdzeniem ze duch dąży do doskonałości aby być jak najbliżej Boga, lecz czym jest ta doskonałość?

Czy doskonałość ducha to jedynie życie według przykazań Boga oraz ogólna dobroć duszy? Mi wydaje się że rozwój ducha oprócz emocji, uczuć które każdy z nas przeżywał i ma w nich doświadczenie, oprócz tego istnieje wiele zawodów, wiele wiedzy i umiejętności w których człowiek aby zdobyć doświadczenie musi je poprostu wykonywać.

No ale ile żyć potrzeba aby przerobić wszystko co jest tylko możliwe na tej planecie, prawdopodobnie tysiące narodzin i końca raczej by nie było. Ponieważ cały czas mamy rozwój świata a więc ciągle przybywają nowe technologie, nowa wiedza.

Czyli gdyby iść moim tokiem myślenia, można wywnioskować że suma inkarnacji człowiek na ziemi była by nieskończona gdyż wiedzy do przerobienia ciągle przybywa.

A więc co z narodzinami na wyższych światach? Zapewne mają tam jeszcze wyższą technologie, inne języki, kultury itd.

Jeżeli teraz powiedziałbym sobie "ok od dzisiaj zmierzam ku Bogu" dążąc do perfekcji i tu już mi nachodzi odpowiedź że jest to nie możliwe. Ponieważ jest to droga w nieskończoność, Bóg jest wszystkim, wszystko co zostało wynalezione przez człowieka tak naprawdę zostało wynalezione przez Boga. Wszystko co człowiek umie i wie , wie i umie również Bóg. Wszystko co człowiek stworzy w przyszłości Bóg wie już teraz. Ta wiedza i umiejętności są nie skończone i dlatego Bóg jest tylko jeden a my jesteśmy istotami które jak sobie pomyślę w zestawienu z Bogiem to jesteśmy niczym

No bo aby powiedzieć że ktoś zna się na czymś perfekcyjnie to znaczy że ma dany temat w małym palcu, jednak czy istnieje profesja która została opracowana do granic możliwości? W każdym zawodzie lub czynnościach które wykonuje człowiek dochodzą nowe elementy. I tak dla przykładu, lekarze ciągle się uczą, adwokaci ciągle się uczą bo przepisy się zmieniają itd.


Teraz jeżeli weźniemy pod uwagę wszystkie planety których ilość jest nie znana, wszystkie istoty które tam żyją i wykonują jakieś czynności które również podlegają dalszemu rozwojowi to wychodzi na to że duch nigdy nie posiądzie wiedzy całkowitej. Czyli można by przyjąć że naszym celem jest nieustanne reinakrnowanie się na tej i innych planetach aby pozyskiwać wiedzę i doświadczenie które nie ma końca i stwierdzenie że dusza zmierza do doskonałości Boga ma sens lecz należało by dodać że nigdy nie ukończy tej drogi.

Co myślisz na ten temat?

Tu jeszcze dodam taką ciekawostkę ( źródło: http://www.vismaya-maitreya.pl/wielcy_l ... n_cz8.html )

" Od FN: Przypadek ten jest fenomenalnie interesujący, gdyż po raz pierwszy być może mamy dowód (!) na to, że na Ziemi obecnie żyją ludzie, którzy osiągnęli minimum 30 poziom doskonałości według wiedzy chińskich mistrzów "nykungu" (za chwilę wyjaśnimy, w czym rzecz).

Wszyscy świadkowie utrzymują, że już trzeci rok z rzędu Palden Dorje nie przyjmuje żadnych posiłków i nie pije wody. To oznacza, że poprzez medytację uzyskał pełną kontrolę nad materią, z której składa się jego ciało. Potrafi być całkowicie nieruchomy całymi miesiącami, co świadczy o tym, że bez problemu opuszcza swoje ciało. Taka medytacja sprawia, że istota ludzka podnosi się na kolejne poziomy doskonałości. Jedna z najciekawszych prób wyjaśnienia jego fenomenu znajduje się w książce "Mag z Jawy" Kosty Danaosa, w której jest bardzo rzetelny opis możliwości chińskich mistrzów energii Chi, którzy potrafili robić podobne rzeczy jak Palden Dorje. Oni także musieli długo medytować bez ruchu i przyjmowania jedzenia czy wody, bo była to jedyna droga, aby zwiększyć swoją moc.

A teraz kilka informacji dotyczącej starożytnej wiedzy dotyczącej mocy człowieka. Według wiedzy chińskich mistrzów wraz z kolejnym poziomem moc ludzkiej istoty się podwaja. Poziomów doskonałości jest 72. W swoim krótkim przemówieniu nie przypadkiem Palden Dorje wspomniał o 72 boginiach Kali – te dwie liczby nie są przypadkiem! Może to oznaczać, że na Ziemi przebywa więcej istot, które mają tak potężną moc.

Aby trochę wyjaśnić, na czym polega owa moc musimy powiedzieć, że praktycznie wszyscy ludzie na Ziemi mają poziom zero. Osiągnięcie poziomu pierwszego jest dane jedynie nielicznym, jednostkom w skali całych narodów. Wtedy człowiek zaczyna wiedzieć duchy i mieć zdolność jasnowidzenia (prawdodopodobnie zbliżył się do tego Krzysztof Jackowski, choć sam pewnie nie jest tego świadomy). Poziom drugi jest już poza zasięgiem takich zwykłych śmiertelników, jeśli nie wiedzą, jak dojść do niego poprzez medytację. Potrzebna jest też do tego specjalna wiedza, gdyż osiąganie kolejnych poziomów potrafi być niebezpieczne, o czym przekonali się chińscy mistrzowie (dość szczegółowo jest ta kwestia opisana w książce „Mag z Jawy”). Poziom trzeci oznacza, że potrafi się swobodnie lewitować, opuszczać ciało, przesuwać i tworzyć myślą przedmioty. Człowiek na poziomie trzecim zyskuje także coś, czego można mu zazdrościć – po śmierci zachowuje pełnie swojej wiedzy i osobowości, a także pamięć wcześniejszych wcieleń (zwykli ludzie po śmierci przebywają w stanie półletargu i półświadomości, stąd komunikacja z duchami przebiega bardzo często w dziwny sposób). Warto zwrócić uwagę, że mówimy tutaj dopiero o poziomie trzecim! Co jest dalej, wprost trudno sobie wyobrazić.

Tylko wybrańcy mogą dojść do trzeciego poziomu poprzez medytację. Wygląda ona dokładnie tak samo jak to, co robi Palden Dorje. Trzeba to robić w całkowitym odosobnieniu i przestaje się wtedy spożywać posiłki i wodę. Dojście do kolejnych poziomów jest możliwe poprzez medytację, która potrafi trwać nawet lata! Wraz z kolejnymi poziomami zaczyna się moc absolutna. W zasadzie nie jest żadnym problemem chodzenie po wodzie, choć jest to jedynie ułamek tego, co potrafi taka istota. Powyżej 50-tego poziomu moc człowieka zaczyna przypominać moc starożytnych Bogów. Co musi się kryć powyżej poziomu 70? Nasza wyobraźnia odmawia wtedy posłuszeństwa. Na pewno od któregoś poziomu (prawdopodobnie powyżej 60-tego) zaczyna się tzw. wszechwiedza absolutna, a więc wiedza o losie każdej drobinki materii we wszechświecie. Dotyczy to teraźniejszości, przyszłości i przeszłości. Rozmowa z taką istotą byłaby rozmową z Bogiem – tak trzeba to ująć. A przecież są jeszcze wyższe poziomy!

Dla tak potężnych istot nie istnieje śmierć, gdyż jest ona zbyt słaba wobec ich mocy. Stają się oni panami wszechświata, ale wiedza na ten temat jest dla nas mało dostępna. W historii Chin był tylko jeden człowiek, który doszedł do poziomu 72. Możemy tylko podejrzewać, że w historii ludzkości było takich ludzi więcej, ale przez chwilę przyjrzyjmy się Palden Dorje. Naszym zdaniem jest on w tej chwili na poziomie minimum trzydziestym i jego moc wzrasta. Skąd taka pewność? Potrafi się „kąpać w ogniu”. Istoty tak potężne nie zmywają z siebie brudu tak jak zwykli śmiertelnicy, ale potrafią w sposób symboliczny umyć się ogniem. Piszemy symboliczny, ale tak naprawdę oni po prostu wchodzą w ogień. Oczywiście płomienie nie robią im żadnej krzywdy, a jedynie oczyszczają ich. Chcemy pokazać Wam nagranie, które na pewno wstrząśnie każdym czytelnikiem FN. Uprzedzamy o tym. Niestety jest ono dostępne tylko na stronach nepalskich www.paldendorje.com

Obejrzycie je po kliknięciu na poniższy link
Kliknij link, aby obejrzeć film!

Wniosek jest jeden: Palden Dorje poprzez medytację staje się coraz potężniejszy. O ile nam wiadomo na świecie pojawiają się od czasu do czasu tak potężne istoty w ludzkich ciałach, ale przeważnie nie ujawniają one swojej mocy. Skoro Palden Dorje zezwolił na pokazanie swojej „kąpieli w ogniu”, to nie jest przypadek. Wniosek jest jeden: żyjemy w ciekawych czasach Ladies and Gentelman!
"
Paweł
 
Posty: 204
Rejestracja: 09 paź 2009, 15:08
Lokalizacja: Szczecin

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: konrad » 23 gru 2009, 11:33

sigma pisze:Ponieważ mnie Admin do tej pory stąd nie wyrzucił to napiszę jeszcze coś :).

Otóż pożytecznie jest wykonać (albo ściślej: wykonywać, z tym że na początek wystarczy spróbować) jeszcze jedno ćwiczenie. Łatwiej jest go wykonać po rozłożeniu na dwa etapy.

Wiadomo że pewien odsetek dzieci z różnych przyczyn wychowywany jest przez innych ludzi niż biologiczni rodzice. Powiedzmy że mówimy o Józiu urodzonym we Wrocławiu. Jego rodzice postanowili go "oddać do adopcji" (przepraszam za określenie, no ale tak się z reguły mówi).

Gdyby Józio wzrastał w swoim rodzinnym mieście, kolegowałby się z Frankiem i Piotrkiem. Później zaś dążyłby do zacieśnienia więzi z Gośką. Te relacje, sąsiedzi, szkoła, miasto to wszystko byłoby dla Józia oczywistością.

Ale Józio w parę tygodni po urodzeniu został adoptowany przez małżeństwo z Niemiec.

W rezultacie Józio jest Josefem, wzrasta w mieście w którym mieszkają jego przybrani rodzice, koleguje się z Franzem i Peterem, później poznaje Gretę. I to ten stan rzeczy jest dla Josepha oczywistością.

Może kiedyś dowie się prawdy. A może nie...

Rzeczywistość Józia jest znajoma dla Józia.
Rzeczywistość Josefa jest znajoma dla Josefa.
Rzeczywistość Józia jest obca dla Josefa.
Rzeczywistość Josefa jest obca dla Józia.

A to ten sam człowiek. Ale tylko na fotografii. Myśli i emocje, wynikające z historii życia, są różne dla Józia i Józefa.

I oto pytanie: kim naprawdę jest Józio - Josef ?

Nie uwierzę że bez praktyki medytacji można odpowiedzieć na to pytanie :).

To było pierwszy etap.

A drugi ? Właściwie taki sam. Tylko że to Ty jesteś Józiem.

A przybrani rodzice ? Niemcami, Amerykanami... Arabami

Ćwiczenie, całkiem poważnie, bardzo pożyteczne. Może stać się prawdziwym uwolnieniem od myśli i emocji, może prowadzić do zrozumienia tego że to co rozumiem jako "ja" to właściwie nie "ja", to zbiór myśli i emocji, nic więcej.

I do zadania sobie pytania: Kim jestem ?


Ja odpowiem Ci na to pytanie bez medytacji - jesteśmy tym, kim jesteśmy, a nie tym, kim moglibyśmy być. Tak więc w Twojej historii nie ma kogoś takiego jak Józio - jest Josef. Gdyby zaraz po urodzeniu adoptowali mnie Chińczycy, byłbym dziś zupełnie inną osobą.

Spirytyzm jednak wyjaśnia, że tego typu rzeczy mają zawsze cel - takie przeniesienie się w inne miejsce, zdobycie nowych umiejętności, zawsze rozwija. To trochę tak jak z podróżami - ci, którzy dużo jeżdżą po świecie mają zupełnie inne podejście do życia, są najczęściej bardziej tolerancyjni, przynajmniej rozumieją, że ludzie mogą być inni. Mniej też narzekają (np. jak ktoś mi mówi, że w Polsce kierowcy są agresywni, to mi się śmiać chce - akurat ja, zobaczywszy kierowców z Indii czy Brazylii mogę stwierdzić, że ci nasi są superkulturalni i spokojni).
Awatar użytkownika
konrad
spirytysta
spirytysta
 
Posty: 2952
Rejestracja: 15 lip 2008, 13:08
Lokalizacja: Warszawa

Re: Buddyzm i spirytyzm

Postautor: sigma » 23 gru 2009, 12:57

konrad pisze:...
Ja odpowiem Ci na to pytanie bez medytacji - jesteśmy tym, kim jesteśmy, a nie tym, kim moglibyśmy być. Tak więc w Twojej historii nie ma kogoś takiego jak Józio - jest Josef. Gdyby zaraz po urodzeniu adoptowali mnie Chińczycy, byłbym dziś zupełnie inną osobą.

Spirytyzm jednak wyjaśnia, że tego typu rzeczy mają zawsze cel - takie przeniesienie się w inne miejsce, zdobycie nowych umiejętności, zawsze rozwija. To trochę tak jak z podróżami - ci, którzy dużo jeżdżą po świecie mają zupełnie inne podejście do życia, są najczęściej bardziej tolerancyjni, przynajmniej rozumieją, że ludzie mogą być inni. Mniej też narzekają (np. jak ktoś mi mówi, że w Polsce kierowcy są agresywni, to mi się śmiać chce - akurat ja, zobaczywszy kierowców z Indii czy Brazylii mogę stwierdzić, że ci nasi są superkulturalni i spokojni).


No, nie. Zupełnie inną osobą nie byłbyś ponieważ zachowałbyś genetycznie uwarunkowane predyspozycje i ograniczenia :).

Ćwiczenie które opisałem umożliwia inne postrzeganie siebie. Wchodząc w to ćwiczenie dostatecznie głęboko inaczej rozumiem siebie. Widzę wówczas że moje myśli i emocje to nie ja. A to, zdaniem niektórych, bardzo ważny "kamień milowy" na drodze życia świadomego.

W czym tu jest pomocna medytacja ?

Otóż, tak naprawdę, to ćwiczenie ma sens tylko wtedy gdy poparte jest pewnym (chyba niezbyt dużym) doświadczeniem płynącym z najprostszej choćby medytacji której istotą jest przyglądanie się swoim myślom i emocjom. Co zresztą napisałem. Dziękuję Ci serdecznie za utwierdzenie mnie w moim przekonaniu :).

Z tego punktu widzenia, Józio nie jest Józiem, a Josef nie jest Josefem. Zaś obaj, Józio i Josef są wcieleniem tego samego bytu pozadoczesnego. Dlatego że wcielenie, każde z osobna, jest aktem jednorazowym którego skutki trwają przez cały czas jego trwania.

Gdyby postanowili praktykować medytację, medytując pozwoliliby swojej prawdziwej naturze przyglądać się swoim myślom i emocjom. Byłyby one różne w przypadku Józia i Josefa. Gdyby Józio został adoptowany przez Brytyjczyków, byłby Josephem. Miałby jeszcze inne myśli i emocje.

I, będąc różne, owe myśli i emocje stanowiłyby różne wyzwania dla tego samego bytu wcielonego. I chyba w tym miejscu jesteśmy zgodni: Józio nie powinien udawać że jest Josefem i na odwrót. Obaj (jak wszyscy) powinni żyć swoim "tu i teraz".

A dlaczego Józio stał się Josefem ? A właściwie dlaczego stał się Józiem ? A nie Genowefą ?

Miejsce i czas pojawienia się w doczesności, zdaniem niektórych, jest skutkiem bezpośrednio poprzedniego wcielenia. Można rozumieć to inaczej w szczegółach ale ogólnie tak właśnie jest. Oczywiście przyjmując kołowrót wcieleń jako rzeczywistość. Tylko wtedy.

A co do podróży to ciekawa w kontekście tego co napisałeś jest przedmowa do książki pt. "Medytacja dla każdego" (autor: Jacques Choque, wyd. KDC). Przedmowa ta polega otóż na porównaniu medytacji do dalekich podróży :).

http://www.tadzimir.pl/product_info.php ... ts_id=2799

pozdrowionka :)
Piotr

Kto zwycięża innych, jest silny. Kto zwycięża siebie, jest wielki.
sigma
 
Posty: 1136
Rejestracja: 12 sie 2009, 19:02
Lokalizacja: Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie

PoprzedniaNastępna

Wróć do Pytania i odpowiedzi

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości