000Lukas000 pisze:Zbyszku, kiedyś bym w zgodzie z księgą Mediów powiedział że się mylisz i że woda nie może zostać na energetyzowana ponieważ jest materią, a materia nie wpływa na świat duchowy.
No właśnie Zbyszku, jak to się ma do wpisu z Księgi Duchów:
"Prosimy o Wasze określenie istoty materii.
Materia jest przędzą, pętającą ducha: jest narzędziem, którym on się posługuje i na które równocześnie wywiera działanie."
Czyli zarówno materia wpływa na ducha, jak i duch wpływa na materię. Przynajmniej ja to tak rozumiem.
Lukas ja wiem, że moje cierpienie w tym życiu było spowodowane błędami w przeszłym życiu. Skąd wiem? Z kilku faktów, które mam w obecnym życiu. Po pierwsze, na pewno żyłam w czasie wojny w jakimś mieście. Dla kogoś nieobytego, to co teraz napiszę, będzie się wydawało idiotyzmem i skierowaniem do psychiatryka, ale tak to czuję. Otóż odkąd byłam małym dzieckiem, gdy usłyszałam samolot silnikowy, miałam i mam natychmiastowy odruch patrzenia w górę, od razu czuję lęk, i rozglądam się i zastanawiam, gdzie się mogę schować. Tylko rozsądek i powtarzanie jak mantrę "teraz wojny nie ma, jest pokój, nie ma państwa, które by na nas napadło" pozwala mi kontynuować drogę. W moim własnym mieszaniu mam dokładnie przemyślane co powinnam zabrać, co jest najważniejsze w razie ataku jakiegokolwiek. Nie jest to tak, ze nie robię nic innego tylko o tym myślę, ale zdarzają się momenty, kiedy nie mogę się z tego otrząsnąć.
Po drugie, mam niewyjaśniony lęk przed mostami. Najgorsze są te drewniane. I tylko jedna myśl, gdy przekraczam taki most: "wojsko nie może iść krokiem marszowym przez most, bo wibracje mogą spowodować jego zawalenie". Czy o czymś takim myśli normalny człowiek?
Po trzecie wiem, że w poprzednim życiu musiałam zabijać. W tym nigdy, nikogo nie zabiłam, ale dokładnie wiem jakbym się czuła, gdybym to zrobiła choć raz. Pierwszy raz musiałam zabić (w poprzednim życiu) w obronie własnej i mojej rodziny. Tylko to by mnie skłoniło do tego. Potem okropne wyrzuty sumienia, ale przez bardzo krótki czas, bo wrogów było wielu. Po którymś zabójstwie w samoobronie z kolei, przychodzi obojętność. Człowiek przestaje się przejmować tymi, których zabija, przestaje o nich myśleć, przestaje mieć wyrzuty sumienia, bo to jest codzienność, do której człowiek musi się przyzwyczaić. W końcu człowiek, to tylko kupka mięsa. Widzi się mnóstwo ciał, wrogów, sprzymierzeńców, sąsiadów, dzieci, zapach krwi. Gdyby nie obojętność, odcięcie się od jakikolwiek uczuć, człowiek by oszalał.
Nienawidzę języka niemieckiego, nie przepadam za Niemcami, wiec musiałam być po tej "dobrej" stronie, ale ona także nie była taka dobra.
Zaznaczam, że to są myśli, których nie wytworzyłam i nie doświadczyłam w tym życiu. Urodziłam się grubo po wojnie. Więc skąd by one były??
Po czwarte: w tym życiu jestem bardzo empatyczna. Cudzy ból odczuwam jak własny. Też pewnie z powodu mojego przeszłego życia. Empatia to dobre uczucie, ale w nadmiarze może wykończyć. Gdy widzę w wiadomościach o zabitych niemowlakach, płaczę, gdy widzę ojca niosącego trumnę własnego dziecka, jestem tak rozdygotana, że nie mogę się uspokoić przez długi czas. Nawet teraz, gdy o tym myślę, już się trzęsę. Coraz bardziej nie lubię oglądać wiadomości i czytać ich na internecie. Coraz bardziej wolałabym tą obojętność, ale nie mogę się wyzwolić z empatii. Coraz rzadziej oglądam wiadomości. Unikam jak mogę, ale nie zawsze się to udaje.
Po piąte: za wszelką cenę nie chcę nikogo ranić i obrażać. Niestety to mi się jeszcze nie udaje. Często niechcący zranię kogoś słowami, a wtedy ja sama odczuwam ból trzy razy gorzej niż ta osoba. Nieraz bardzo długo myślę nad jakąś odpowiedzią, jak ubrać w słowa to, co chcę przekazać, w taki sposób by nikogo nie obrazić, nie dotknąć, nie urazić. Często mi się nie udaje, i potem to dotkliwie odczuwam. Często mam wrażenie, że powinnam się zamknąć i w ogóle nie wypowiadać na żaden temat. Może wtedy sama bym też nie cierpiała.
To wszystko powoduje, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zasłużyłam na los, jaki mnie spotyka. Na innym wątku mówiłam, że chciałabym by te życie już się skończyło, bo mnie wykańcza psychicznie. Że mam wrażenie, że nie powinnam żyć. Dobrze wiem, ze w następnym będzie lepiej. I jak znam dowcip Boga, to pewnie dożyję prawnuków tak się męcząc.
I jedyne czego nie mogę znieść i tolerować, to cierpienie moich synów, bo ich ból odczuwam pięciokrotnie silniej niż oni. Możecie wiec mi wierzyć, że zrobiłabym wszystko, łącznie z zabobonami, by poprawić ich los.

