Po pierwsze to wyznaję zasadę, że jednak mimo wszystko nie ustalamy sobie wszystkiego przed "życiem doczesnym." Gdyby tak było, to nie moglibyśmy mówić o wolej woli. I zawsze byłoby tylko i wyłącznie jedno prawidłowe rozwiązanie. A nasze życie jest takie, że którąkolwiek drogę by nie wybraliśmy to ona dalej się toczy. Gdyby była zła, to wszystko by się waliło, a tak nie jest. A dlaczego by się waliło? Bo nie jest możliwością przewidzieć wszystkich konsekwencji podjętych decyzji w naszym życiu. Zbyt wiele niewiadomych, zbyt wiele czynników zmiennych, zbyt wiele rozwiązań tego samego problemu, czy sytuacji.
Lancelo pisze:To czy opiekunowie są obecni w każdym momencie, czy tylko w newralgicznych momentach.
Są obecni zawsze i wszędzie. Gdy dzieje się dobrze i gdy dzieje się źle. Pomagają gdy mogą, i jak mogą (różne znaki, np. odpowiedzi z TV

). Ale zawsze gdy stałam przed bardzo ważną decyzją rzutującą na całe moje przyszłe życie, to zawsze czułam, że sama muszę podjąć decyzję. Nigdy nie słyszałam słów "zrób tak i tak". Nigdy w takich sytuacjach nie dostałam jasnej i wyraźnej podpowiedzi. Natomiast gdy były to drobne sprawy (np. dotrzeć od punku A do punku B, samochodem, na całkowicie nieznanej drodze) to słyszałam w głowie wyraźne polecenia (w tym przypadku "jedź teraz za autobusem", "teraz skręć w prawo", "teraz skręć w lewo"). I tu wyraźnie czułam obecność mojego Anioła Stróża

Opisałam to tutaj:
viewtopic.php?f=10&t=1923&start=60Lancelo pisze:Gdy idziemy zgodnie z naszymi planami cały świat się jakoś nam dobrze ustawia, wszystko szybko się dzieje awansujemy, podejmujemy dobre decyzje mamy takie przeświadczenie, że tak ma być, a gdy idziemy pod prąd to wtedy jak po grudzie. Nic nam nie idzie , jest masakra jak krew z nosa to życie płynie.
A psino co. Moje życie nauczyło mnie, że gdy wszystko idzie bez problemów to znaczy, że szykuje się większa tragedia. Natomiast gdy muszę walczyć, gryźć i drapać, to wtedy idzie tak jak powinno. Gdy życie nie wymaga ode mnie wysiłku, to znaczy że będzie bardzo, bardzo źle. A gdy ciągle muszę szukać pokładów siły, wybierać, rozdwajać się by wszystko załatwić i zdążyć ze wszystkim, to dopiero wtedy czuję że wszystko idzie tak jak powinno, bo się namęczyłam by było dobrze.
Gdyby ktoś chciał mi dać jakieś pieniądze za nic, to najprawdopodobniej bym tych pieniędzy nie przyjęła, bo możliwe, że za to musiałabym losowi "zapłacić" więcej niż bym chciała. Wolę na pieniądze ciężko zapracować, bo wiem, że dostaję to na co zapracowałam i zasłużyłam.
Nie wiem czy piszę wystarczająco jasno

Lancelo pisze:I pytanie czy to nie przypadkiem jest złudzenie, że ktoś tam nam pomaga jak jest dobrze, a jak nie to nie czujemy nic.
No ja mam dokładnie na odwrót. Gdy dzieje się w miarę dobrze, to nikogo przy sobie nie czuję. Dopiero gdy świat mi się wali, to widzę podpowiedzi i czuję pomoc. Tak było zawsze.