Jescze raz w temacie istnienia Boga.
Zastanawiam sie naprawde tak od kilku dni o tym co piszesz Nataszo.
Dzis prosilam NMP o odpowiedz i mam wrazenie, ze ja dostalam.
Bede sie upierac, ze Bog jest.
Pamietam jak jakies dwa miesiace po tym jak odszedl moj Mikolaj, pomyslalam, ze musze robic cos dobrego.Pomimo cierpienia.
Pierwszych dwoch miesiecy nie pamietam.
No i poszlam wyprowadzic na spacer suczke, ktora sie opiekuje
Wlasciciel alkoholik, adoptowal ja ze schroniska a teraz zostawia na cale dnie sama, nigdy nie wyprowadza.
Suczka nawet swoje potrzeby zalatwia w domu.
Chcialam go zgloscic do lokalnego RSCPA , ale moj madry Syn mi wytlumaczyl, po swojemu, ze najwazniejsza psia potrzeba, to zeby mial pana. A ona ma.
No i niewazne.
Odlozylam swoje cierpienie na bok, zabralam ja, ta mala zapasiona kulke, na powykrzywianych reumatyzmem lapach na lake.
Ona byla taka szczesliwa, tak smiesznie podskakiwala jak rzucalam jej patyki.
I w pewnym momencie spojrzala na mnie z taka miloscia i wdziecznosci w oczach, ze smiem stwierdzic, ze w jej oczach byl BOG.
Pomyslalam, ze tyle jestesmy warci ile mozemy dac innym.
Ze musimy sie spieszyc.
Pamietam ten moment jak blysk flesza, Kazdy szczegol.
Zapomnialam juz o tym.
A dzis jak zabralam Roxy na spacer, to mi sie to wszystko przypomnialo.
On jest .
Po prostu czuje, pomimo krzyza, ktory dzwigam, ze Bog jest.
